Wiatr narzuca mi niepokój. Burzy harmonię chwil codziennych ułożonych we względną całość, skazując myśli na bezwolną wędrówkę do miejsc, których staram się zwykle unikać. Leżą tam głęboko skrywane najgorsze scenariusze, spoczywają obawy o wszystko i wszystkich, no i paląca świadomość niemożności powrotu do beztroski dzieciństwa.
Tłumaczę sobie na różne sposoby, że nic się nie stanie, że wkrótce minie, że huczy i buczy bo ściera się ze ścianą bloku, która nie pozostawia mu cienia szansy na wygraną. Mam na podorędziu fizyka, który wykłada mi podstawowe zasady rozkładu sił, roli dźwięku, który stale dochodzi zza okna nie pozwalając mi zasnąć. Wyglądam na zewnątrz, sprawdzam czy nic bezwolnie się nie unosi, obserwuję mocowanie sznurka od bielizny, próbując dojść, co tym razem wyrwało mnie z łóżka. To coś w rodzaju nerwicy natręctw, trudne do pokonania bez złożonej pracy nad samą sobą.
Próbowałam różnych metod. Zmęczenia do granic, procentowo ukierunkowanego relaksu, zielonej herbaty, tudzież melisy, lektury książki – koniecznie w pozycji horyzontalnej, co prędzej czy później powoduje samoistne wypuszczenie jej z rąk. Były także rozmowy do uśpienia jednej ze stron, muzyka delikatnie sącząca się z głośników, filmy nie warte cienia uwagi - spełniające rolę do książek podobną. Stoperów, ze względów obiektywnych używać nie mogę. Choć sądzę, że one jedne mogłyby mi istotnie pomóc.
Mieszkaliśmy kiedyś w starej kamienicy. W pokoju utworzonym poprzez podział salonu wchodzącego w skład dużego apartamentu, który rozdzielono tuż po wojnie na dwa całkiem spore mieszkania. Ścianę działową stawiano bez większej uwagi co do jej dźwiękoszczelności. Jak się okazało w trakcie jednego z remontów, główny jej element stanowiła słomiana mata. A właściwie dwie, po jednej z każdej strony.
Po drugiej stronie „naszej” ściany mieszkała samotna starsza Pani, była nauczycielka. Jako kobieta światła i wykształcona, mimo swojego zaawansowanego wieku, myślała wyjątkowo trzeźwo i nie wymagała podniesionego tonu w rozmowie. Można było rozmawiać z nią zwyczajnie, rozumieć i być rozumianym. Kiedy wyjeżdżała do rodziny na długie, okołoświąteczne grudniowe wieczory dbaliśmy o jej kwiaty i odpoczywaliśmy. Cieszyliśmy się ciszą.
Nasza sąsiadka, nie wiedzieć czemu, słuchała radia wyjątkowo głośno. Może przez samotność? I nie tylko Radia M rzecz się tyczyła, ale także wieczornej Panoramy na Dwójce, Wiadomości na Jedynce, Faktów na TVN-nie, Teleekspresu itp. A już najtrudniejsze do zniesienia były poranne modlitwy. Różaniec po piątej, Msza przed siódmą, gdy za oknami tuż po pojawiała się zwykle śmieciara, opróżniająca raz na dwa dni wypełniony po brzegi kontener.
Na początku doprowadzało mnie to do szału, burząc skutecznie wewnętrzny spokój. Tak wietrznie. Ale w końcu, za namową mamy, zdecydowałam się spróbować zatyczek. I odtąd moje poranki upływały w oprawie o niebo lepszego samopoczucia. Już po kilku dniach, gdy piąta trzydzieści brutalnie wdzierała się w głęboki poranny sen, na zasadzie wyuczonego odruchu sięgałam pod poduszkę, gdzie spoczywało moje nerwów ukojenie. Problem pojawiał się ponownie tylko wtedy, gdy półprzytomnie błądzące dłonie znajdowały tylko jedną zatyczkę miast dwóch. Dalsze poszukiwania prowadziły mnie wtenczas wprost pod łóżko, gdzie bez trudu obiekt mojego pożądania napotykał na koty kurzu. Szansa na dosypianie takiego poranka bezpowrotnie się rozwiewała.
Mimo zdarzających się niepowodzeń, nauczyłam się wtedy jednego. Nawet jeśli coś lub ktoś bardzo skutecznie zakłóca nasz spokój możemy szukać sposobu na pokonanie rodzącej się w nas irytacji. Spróbować rozmowy ze źródłem emisji "wnerwiacza", obłożyć ściany pianką akustyczną bądź wytłaczankami na jajka, kupić sobie zatyczki, a w ekstremalnych sytuacjach, gdy wszystkie inne sposoby zawiodą i mamy taką możliwość, zmienić miejsce zamieszkania. Nad wiatrem jednak nie możemy zapanować.
Wiem. Wiatr, zwłaszcza przemian, niezbędny jest w życiu każdego z nas. Prócz niepokoju, niesie szansę na nowe spojrzenie, odkrywanie samego siebie i nieznanych dotąd obszarów. Choć napotyka zazwyczaj na nasz lęk, to przyjęty z pokorą może ofiarować lepszą jakość naszemu życiu i sprawić, że na nowo zdefiniujemy drogę do własnego szczęścia.
Dlaczego więc jedyne o czym dziś marzę, to super szczelne zatyczki?


Może dlatego, że tego co słyszymy wokół, nie da już się słuchać?
Rozumiem, że podobnie jak ja w te wietrzne dni i noce marzyłeś o ciszy? A może marzysz o niej w ogóle?
Ja tęsknię często do tej ciszy, jakiej doświadczam w Bieszczadach. Tylko tam, nawet będąc pośród ludzi, czuję wewnętrzny spokój i odnajduję ciszę, jakiej tu bardzo często mi brakuje.
Cóż, myślę, że każdy ma jakąś własną "oazę spokoju". Myślisz, że są tacy, którzy w ogóle nie tęsknią za ciszą?
Lubią dużo szumu, szczególnie wokół siebie i odczuwają satysfakcję siejąc zamęt. Błoga cisza i spokój to dla takich pojęcie obce.
Bieszczady... ((: Wiem coś na ten temat (: